piątek, 8 września 2017

Tydzień na Mazurach 2017

Kolejny semestr na uczelni się skończył, pogoda słoneczna i ciepła, więc... czas na żagle! Tym razem na mazury.

Pomysł był dość spontaniczny, ale skoro załoga się znalazła, to i jacht musiał się znaleźć. No i.. udało się wszystko na czas. :)


Rejs zaczęliśmy z Węgorzewa, już w pierwszy dzień kierując się na Giżycko, głównie dlatego, by kupić pozwolenie wędkarskie. ;)

Humory dopisywały, ale załoga zauważyła pewne znaczące różnice między jachtem morskim i śródlądowym - głównie chodziło o wysokość w kabinie i brak jakichkolwiek pomieszczeń, poza kingstonem.


Już w pierwszym dniu pływania pojawiły się nowe wyzwania - większość załogi nigdy nie składała masztu - ale poszło idealnie! 

Na jeziorze Mamry w godzinach porannych pływało bardzo mało jachtów i wydawało się, że już tak zostanie, ale po wypłynięciu na Dargin zorientowaliśmy się, że po prostu było jeszcze za wcześnie. 😉

Pierwszy nocleg spędziliśmy w przystani Stranda, gdzie wieczorem odbywał się koncert. Nazajutrz po dość wczesnym śniadaniu czekał na nas kanał giżycki, z obrotowym mostem. Jest on unikatowym zabytkiem, odbudowanym w 1993 roku według planu z 1889 roku. Co ciekawe, otwiera go ręcznie jedna osoba.
Na Niegocinie załoga przeszła krótkie szkolenie z manewrowania, więc przyszedł czas na ochłodę. ;)

 Tego dnia cumowaliśmy "na dziko" przy małej wyspie, zwanej Wyspą Miłości. No cóż... niestety na wyspę nie bardzo było jak wejść, bo była cała zarośnięta. Dodatkowo wydawało się, że chmary komarów które nas atakowały, po raz pierwszy w ogóle skosztowały człowieka.


Na noc szczelnie zamknęliśmy zejściówkę moskitierą i poszliśmy spać. Niedługo po północy obudziła nas potężna burza i mocne kołysanie jachtu. Po szybkiej kontroli dowiedziałam się, że kotwica nas trzyma, ale naszym jachtem rzucało bardzo mocno. Wiatr był tak silny, że nie dało się oddychać, a świateł z Giżycka i Wilkasów nie było widać przez mgłę. Na szczęście burza skończyła się po kilku długich minutach, ale zafalowanie na jeziorze jeszcze długo kołysała jachtem. 


Rano szybko zwinęliśmy się z wyspy i wyruszyliśmy do Bogaczewa - tego dnia pływaliśmy dość krótko, ze względu na zapowiadane kolejne burze, tym razem po południu. Nie przeszkodziło nam to jednak w doskonaleniu podejść do człowieka (którym było nasze koło ratunkowe 😉).


Pogoda w ciągu następnych dwóch dni niestety zepsuła się definitywnie, więc wybraliśmy się na wycieczkę do Twierdzy Boyen. To kompleks bunkrów z dziewiętnastego wieku, po którym można spacerować. I hmmm... spodziewałam się czegoś ciekawszego. Bunkry nie są w żaden sposób konserwowane, ani oświetlone, niektóre są też dosyć zaśmiecone. Za to ciekawym elementem było laboratorium prochowe, w którym znajduje się ekspozycja broni.


Tydzień niestety dobiegał końca, więc trzeba było powoli kierować się w stronę Węgorzewa. Na ostatnie miejsce postoju wybrałam Zwierzyniecki Róg, który miał bardzo dobre oceny, twierdzące o "prawdziwym mazurskim klimacie". Po wyjściu na ląd okazało się, że.. właściwie mało co tam jest. A sanitariaty... no cóż, zachęcały do wycieczek w krzaczki. Ale za to okolica była piękna, to trzeba przyznać. 😀




Po tym rejsie niektórzy z załogi stwierdzili, że wybraliby się na kurs żeglarski, a inni że wciąż wolą jednak pływanie po morzu. Ale na pewno wszyscy wrócili zadowoleni z udanego rejsu!




A tu możecie zobaczyć jeszcze kilka zdjęć i całą trasę z bliska. 😊

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz