środa, 6 czerwca 2018

Majówka 2018


Tym razem nasza wycieczka majówkowa nie była morską przygodą, wybrałyśmy się trochę bliżej niż w zeszłym roku. Zmieniłyśmy też środek transportu :) Była to nasza pierwsza kilkudniowa wycieczka rowerowa.

Bercia: Mam nadzieję, że nie ostatnia :)

No dobra, na początek może zaprezentujemy Wam naszą zaplanowaną trasę. W planach miałyśmy wyruszenie z Gdyni i jazdę w kierunku Kaszubskiego Parku Krajobrazowego. Oczywiście starając się ominąć główne drogi. Naszym miejscem docelowym był Rzym (nie, to nie żart :) ) 

Na kolejny dzień miałyśmy zaplanowaną tułaczkę po lasach. Jej koniec miał zakończyć się w okolicach Wieżycy. Na zakończenie naszej mini podróży, w planach były odwiedziny Kartuz i powrót do domu.

Oczywiście w międzyczasie było kilka punktów, o które chciałyśmy zahaczyć: Zamek w Łapalicach, Muzeum Kaszubskie w Kartuzach, punkt widokowy na Wieżycy, groty Mirachowskie, Bunkier Organizacji Wojskowej Gryf oraz kilka punktów widokowych po drodze.


Nasza trasa (w przybliżeniu)
Najcięższym elementem było spakowanie się. Ekwipunek, który miałyśmy ze sobą był mocno minimalistyczny. Do dyspozycji miałyśmy jeden bagażnik z niewielką torbą, dwa plecaki oraz dwie małe sakiewki (na kierownicę i ramę) oraz podsiodełkowe. 

Paula: Teraz już wiemy, że na następną taką wycieczkę nie wybieramy się bez sakw... ;)

Nie byłoby najmniejszego problemu gdybyśmy nie zdecydowały się na noclegi pod namiotem :) 
W końcu jednak udało nam się zapakować, a całość naszego bagażu wyglądała tak:


Nasze bagaże
Początek drogi
Pierwszy dzień przebiegł zgodnie z planem. Wyjechałyśmy z Gdyni kierując się do Kaszubskiego Parku Krajobrazowego. Po drodze jeszcze szybkie zakupy w Tesco i ... okazało się że czas jakoś za szybko leci, a kilometry bardzo wolno ubywają. 

Paula: A zakupy głównie po to, by kupić kask! :D


Nowy nabytek założony. Miejmy nadzieję, że się nie przyda.

Droga do najprzyjemniejszych nie należała. Częściowo prowadziła ruchliwymi drogami, później zjechałyśmy do pobliskich wiosek, a tam naszą zmorą okazały się psy. 

Brak sklepów (a tym bardziej miejsc, gdzie można by coś zjeść) po drodze nie wróży nam za dobrze. Jednak nam się poszczęściło i popołudniu udało nam się trafić na sklepik, w którym znalazł się grill jednorazowy i coś do jedzenia ;)

Tym razem grill nie współpracował (podpałka zbyt szybko się wypaliła) i trzeba było improwizować.


To chyba nie powinno tak wyglądać :/

Po obiedzie czas ruszać w dalszą drogę, a jak wszystkim wiadomo, 
wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Tak też było w naszym wypadku. 
To było nasze miejsce docelowe na nocleg. 



Po rozłożeniu namiotu, zasłużonej kawie i długo wyczekiwanym odpoczynku stanęłyśmy przed niemałym dylematem. "Co dalej?" W planach była jeszcze, krótka przejażdżka do Grot Mirachowskich i Bunkra Organizacji Wojskowej Gryf. 


Zasłużona kawa :)


Popołudniowa przejażdżka
Bercia: Nie bardzo miałam ochotę wsiadać ponownie na rower. Zmęczenie po przejechaniu ponad 45 km było ogromne. Jednak wiedziałam, że następnego dnia nie damy radę pojechać do Grot i zrobić zaplanowaną trasę. Zwyciężyła duża doza samozaparcia i chęć przejechania całej planowanej trasy. Ponowne wejście na rower było ciężką decyzją.

Udało nam się wyjechać w dalszą drogę. Jednak tym razem bez bagaży, większość naszych rzeczy została w namiocie.


Bercia: Zupełnie inaczej jechało się na lekkim rowerze. :)


Droga w dużej części prowadziła pomiędzy polami uprawnymi. W pewnym momencie prowadziła bardzo blisko zabudowań, a samego przejazdu pilnował bardzo nieprzyjemny zwierzak. 
Pies na tak długim łańcuchu, że na przejazd miałyśmy ok 0,5 metra szerokości. 

Bercia: Chyba najgorsze doświadczenie tamtego dnia. Nigdy jeszcze nie widziałam tak wściekle ujadającego psa. Paula przejechała pierwsza, zrobiła ja już za bardzo nie miałam wyjścia, ale wiedziałam, że nie wrócimy tą samą drogą.  

Dalej była chyba najprzyjemniejsza ścieżka, prowadziła przez las, dokładnie taka jak sobie wyobrażałam całą naszą wycieczkę.


Przyjemniejsza część drogi.

Dojechałyśmy do Grot bez problemu, jednak zrobiło się dosyć późno, a nie chciałyśmy wracać lasem po ciemku, więc zrezygnowałyśmy z odwiedzenia Bunkru Gryfa Pomorskiego (tym bardziej, że jego rekonstrukcję miałyśmy zobaczyć następnego dnia).


Paula: Groty okazały się być... niezbyt dużą atrakcją.. to znaczy gdyby było bliżej to byłabym dużo bardziej zadowolona z widoku. ;)


W tle Groty Mirachowskie. Niestety bliżej nie dało się podejść

Wracając pojechałyśmy na skróty. No cóż... zamysł był dobry, jednak nie do końca nam to wyszło. Jeśli chodzi o odległość, to wybrana droga rzeczywiście była krótsza, niestety w trochę gorszym standardzie. Dość powiedzieć, że czekała na nas ciężka przeprawa po koleinach przez bagno. 


Bercia: Po takiej trasie wystąpił lekki problem z hamulcami (zupełnie nie spełniały swojej funkcji :/ ), jednak następnego dnia się wyczyściły i już wszystko było w porządku


Następnego dnia ciężko nam było wsiąść na rowery, mięśnie początkowo odmawiały posłuszeństwa, jednak po krótkim rozruchu przyzwyczaiły się do działania. Jak się okazało czekał na nas kolejny dzień przez wioski (marzenia o leśnych ścieżkach zostały szybko zweryfikowane). Naszym celem na ten dzień było Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku oraz Wieżyca. 


Czas ruszać w dalszą drogę
Pogoda nam dopisywała, znaczy... nie padało za to wiał silny wiatr. W przeważającej części drogi musiałyśmy z nim walczyć, a to nie było proste zadanie :P

Po drodze chciałyśmy odwiedzić punkt widokowy w Łączynie, nawet zrobiłyśmy sobie przerwę kawową w miejscu, który z powodzeniem mógłby nim zostać. Jak później się okazało nie trafiłyśmy do niego :P Jednak na widoki nie mamy co narzekać.


Domniemany punkt widokowy
Takie przerwy to dobry moment na weryfikację trasy i w ten sposób lekko zmieniłyśmy naszą. Zdecydowałyśmy się przejechać ścieżką wzdłuż jeziora. Sądząc po jej rozmiarach, ścieżka była przeznaczona dla ruchu pieszego...

Bercia: W międzyczasie Paula zdecydowała się na mycie roweru i szybką kąpiel w jeziorze.


Paula: To był chyba najgorszy moment tego dnia.. ścieżka była bardzo wąska i.. hmm.. mylnie założyłam, że skoro Bercia przejechała to ja też przejadę... Szok był bardzo duży. :|


Na szczęście groźnie wyglądający upadek skończył się tylko przemoczeniem ubrań. 
Po odjechaniu kawałek od jeziora trafiłyśmy na świetnie przygotowane ścieżki rowerowe. Jedynym mankamentem wycieczki w tym punkcie był silny wiatr, który naprawdę utrudniał nam drogę. 

Jakoś udało nam się dojechać do Szymbarku, a nawet znaleźć restauracje :) 
Po obiedzie pojechałyśmy do wspomnianego już Centrum Edukacji.

Bercia: Ciekawe miejsce, jednak jak dla mnie lekko przereklamowane, a ceny wstępu są nie adekwatne do oferty. Na pewno utrzymanie takiego kompleksu sporo kosztuje, jednak można by bardziej postawić na jakość a nie ilość atrakcji. 


W Szymbarku można zobaczyć dom do góry nogami, najdłuższą deskę świata, zwiedzić rekonstrukcję bunkra Gryfa Pomorskiego, dom sybiraka, harcerza.. Czyli atrakcje z każdego tematu. Spodziewałyśmy się czegoś innego i trochę się zawiodłyśmy.


Atrakcje w Szymbarku 
Centrum Edukacji i Promocji Regionu

Na ten dzień zapowiadane były burze. Wiadomo, że w deszczu kiepsko się jeździ, wiec miałyśmy nadzieję, że przeczekamy gdzieś w kawiarni, w suchej i miłej atmosferze. Przy wejściu plecaki zostawiłyśmy w okolicy pomieszczeń dla pracowników (za pozwoleniem). 

Gdy na zewnątrz rozpętało się mini piekło (burza z gradobiciem) nie przyszło nam do głowy żeby uratować nasze rzeczy (każdemu czasem się zdarza zapomnieć o czymś ważnym...). 
Na szczęście po naszej pierwszej kilkudniowej wycieczce (w Tatrach) wiedziałyśmy jak się spakować w razie takich warunków. Śpiwór, ubrania oraz jedzenie miałyśmy w reklamówkach oraz woreczkach strunowych. 
Nieprzemakalna torba rowerowa również okazała się przemakalna (ale przy takiej intensywności nie ma się co dziwić). 

Jeszcze trochę padało w czasie jazdy, ale wszystko było do przeżycia. Trochę deszcz był demotywujący (nie wiedziałyśmy jeszcze wtedy czy się coś nie zamoczyło).

Następny punkt: Wieżyca. Całkiem fajne miejsce, fajny punkt widokowy (tego nie dało się nie zauważyć). 

Bercia: Na tym etapie zmęczenie już ostro dawało mi się we znaki. 

Wcale nie miałam ochoty się wdrapywać na 35 m, ale nie żałuje. Głupio by było nigdzie nie być "bo jestem zmęczona całodziennym siedzeniem".

Paula: Na górze mocno wiało i widoki pomimo sporego zachmurzenia były super!! :)


Na górze był lekki wiaterek, tak samo z resztą jak 35 m niżej.

Po krótkiej przerwie zostało nam tylko dotrzeć do pola namiotowego (tylko 5 km!). 
Droga była całkiem przyjemna, tym bardziej, że wcześniej wjechałyśmy na najwyższe okoliczne wzniesienie ;) Niestety znowu rozpadało się jak dojeżdżałyśmy do naszej noclegowni, 
a namiot (stary, wysłużony i kilka dni wcześniej nawet zdekompletowany) mamy jeszcze nie sprawdzony pod względem wodoodporności. 

Cóż było robić, pojechałyśmy dalej z nadzieją, że przy następnym waypointcie nie będzie padało (ani w nocy). A to że był on oddalony od nas o kolejne 10 km, przecież to tylko kawałek...

Rzeczywiście, jak już się rozpogodziło to było całkiem przyjemnie. Trasa prowadziła wzdłuż kolejnego jeziora (na szczęście w bezpiecznej odległości) i widoki były przyjemne. 


W końcu dotarłyśmy do miejscowości Zawory i na jednym z tamtejszych campingów spędziłyśmy noc. 

Bercia:
Camping Tamowa (nazwę podaję dla przestrogi). Historia dlaczego nie polecam tego miejsca jest dosyć długa. Zacytuję komentarz wystawiony dzień później.
Właściciel poinformował nas o cenie, która znacznie odbiegała od podanych na stronie, dopiero po nocy spędzonej na campingu. Cena nie adekwatna do panujących warunków oraz jakości obsługi.

Paula: No i brak jakiejkolwiek ciszy nocnej.. Do 2-giej pobudki miałam co kilkanaście minut..


Suszenie w ostatnich promieniach słońca 
Zasłużony odpoczynek 
Jednak wypada zjeść jakąś kolację

Następnego dnia, po opłaceniu pola namiotowego nasze nastroje były nie najlepsze. 

Na domiar złego po przejechaniu może 100 m, okazało się że Paula złapała gumę i trzeba było zrobić przerwę techniczną na wymianę dętki.

Paula: Taak.. to był pechowy dzień nr 3.. :D



Mini warsztat w plenerze.

Droga do zamku w Łapalicach przebiegała zgodnie z planem. Ciekawa leśna ścieżka, sama przyjemność z jazdy w takim terenie :) Sama budowla bardzo ciekawa i na pewno warta zobaczenia. Podobno była to największa samowola budowlana w Polsce. 
Właściciel kilkakrotnie podejmował próby wykończenia swojego pałacu, jednak obecnie niedokończony obiekt powoli popada w ruinę. 


Zamek w Łapalicach 
Zamek w Łapalicach

Pod zamkiem okazało się, że zamek do zapięcia rowerowego odmówił nam posłuszeństwa (nie dało się otworzyć), więc samą budowlę zwiedzałyśmy osobno. Tym samym odpadł nam kolejny punkt wycieczki. Zwiedzanie muzeum pozostawiając przed nim niezabezpieczone rowery nie wchodziło w grę (obiad z resztą też był utrudniony). 

Po dojechaniu do Kartuz przez chwilę zajęłyśmy się zapięciem. 

Bercia: Dwukrotnie udało mi się je rozpiąć i zapiąć, jednak było to siłowanie się z zapięciem, dlatego chciałam to powtórzyć kilka razy, żeby później nie było niespodzianki. 
Za trzecim razem kluczyk się złamał (cieszę się, że były to ćwiczenia na sucho).

W Kartuzach ciężko było o otwartą knajpę. Udało nam się znaleźć jedną pizzerię, jednak nie było co zrobić z rowerami. Z nadzieją, że na dworcu znajdziemy jakiś fast food skierowałyśmy się w jego stronę. Jedzenia nie było (wszytko pozamykane) jednak trafiłyśmy na pociąg do Gdańska. 

Bercia: Ja chciałam wracać pociągiem, chociaż z pewnym niedosytem i poczuciem porażki. 
Paula się jeszcze intensywnie zastanawiała nad powrotem na rowerze.

Kwestia powrotu była do omówienia przy obiedzie, ale brak pożywienia i niepowodzenia tego dnia przeważyły. Zapakowałyśmy się do pociągu i po ok godzinie byłyśmy już w domu :) 

Paula: Myślę że głód przeważył. :)


Powrót wygodnym pociągiem

Paula: Wycieczka moim zdaniem była udana. Co prawda nie udało się wrócić na rowerze, ale myślę że nie do końca był to powrót "na tarczy". ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz