sobota, 1 lutego 2020

Rejsy 2019 - część III



Realizacja trzeciego rejsu przez długi czas była pod znakiem zapytania – problemy ze znalezieniem załogi i rezygnacja jednej osoby na kilka dni przed terminem rozpoczęcia spowodowały, że zaczęłyśmy się z Bercią zastanawiać nad sensem organizowania ostatniego terminu.

Ostatecznie znalazły się dwie osoby chętne, co dało nam dwie wachty po dwie osoby - dało nam to możliwość realizacji rejsu, ale wolałyśmy unikać dłuższych przelotów. Dodatkowo prognozowana pogoda nie pozwalała na kierunki, które byłyby ciekawsze dla załogi - czyli Bornholm. Wiatr rozpędzał się już pod koniec drugiego tygodnia pływania i niestety słabnąć miało tylko na kilka godzin , w czasie których nie udałoby nam się schronić w porcie na wyspie.

Bercia: To był nasz pierwszy rejs w tak mocno okrojonym składzie. Do tej pory załoga miała ok 6 osób, w tym zawsze był ktoś, kto już miał jakieś doświadczenia żeglarskie. Tym razem czekał nas pewnego rodzaju sprawdzian, szczególnie jeśli chodzi o manewry portowe, kiedy dużo się dzieje, a zadań do wykonania jest aż nadto. 
Sassnitz - okręt podwodny
Brytyjski okręt w Sassnitz

Pierwszym portem, do którego postanowiliśmy popłynąć było odwiedzane już przez nas w tym roku Sassnitz. Port jest dobrze osłonięty falochronem, a Rugia dodatkowo chroni przed zachodnim wiatrem. Chłopaki pozwiedzali okręt podwodny- muzeum, my przeszłyśmy się na fishbrotshien, a później zostałam wciągnięta pod saling, żeby uwolnić unieruchomioną banderkę.

Wchodzenie na maszt
Akcja Banderka!

Paula: Pierwszy raz byłam wciągana pod masz i było super! Co prawda musiałam wciągającym trochę pomagać, ale przynajmniej opuścili mnie sami. 😜

Po odsłuchaniu prognozy pogody (z nieistniejącego od tego roku Witowo Radio ) zaplanowaliśmy, że następnym portem będzie Peenemunde. Wiatr miał zacząć siadać więc pełni optymizmu wypłynęliśmy, wiedząc że po minięciu przylądka Nordperd wiatr i fala będą miały więcej przestrzeni na rozbieg.

Wpływając do Peenemunde trzeba cały czas trzymać się toru wodnego - wokół jest bardzo dużo mielizn i skał, które nawet dla jachtu o małym zanurzeniu są niebezpieczne. Wiatr wciąż nie chciał słabnąć i po dopłynięciu do toru wodnego prowadzącego pomiędzy Rugię a stały ląd fala okazała się zbyt duża, by można było bezpiecznie przejść torem wodnym, dlatego zrobiliśmy w tył zwrot i  popłynęliśmy w kierunku Świnoujścia. Historia lubi się powtarzać, podobna sytuacja spotkała nas w 2017 r, w czasie pierwszego rejsu, który wspólnie zorganizowałyśmy.
Gdzieś na Bałtyku
Powrót - kapitan niezadowolona z pogody ;)

Paula: Wtedy też wracaliśmy z Rugii i tak samo wylądowaliśmy w Świnoujściu. 😉

Kiedy dopływaliśmy już do portu humory dopisywały - przestawało tak nami miotać, wiatr siadał, no a co najważniejsze - świtało! Jak to czasem niewiele potrzeba do szczęścia. Jednak bliskość portu powodowała nowe pytania – gdzie płyniemy dalej, skoro prognozy mają być podobne? Spędziliśmy w Świnoujściu trochę czasu odsypiając do południa i spacerując po mieście. W międzyczasie wykluła się odpowiedź na nasze pytanie - padła decyzja, by popłynąć do Peenemunde rzeką Peenestrom, czyli od strony Zalewu Szczecińskiego. Chłopaki chcieli zobaczyć muzeum, bo skoro i tak nie było możliwości płynięcia w nieznane, to chociaż taki cel mieliśmy osiągnąć.
Żegluga na Kanale Piastowskim
Spokój na kanale piastowskim

Bercia: Organizacja rejsu nigdy nie jest prostym zadaniem. O wielu rzeczach trzeba pomyśleć, wszystko trzeba zgrać i najlepiej żeby każdy wrócił do domu zadowolony. A organizacja rejsu, a w zasadzie planowanie trasy, w czasie niekorzystnych warunków, tak żeby można było mówić o zadowoleniu załogi to zadanie bardzo trudne. 

Rano spokojnie przepłynęliśmy Świnę, na Zalewie czuć już było sporo mocniejszy wiatr, ale mogliśmy bez problemu płynąć w pożądanym kierunku. Sytuacja za to sporo zmieniła się gdy dopłynęliśmy pod most Zecheriner. Nie zgraliśmy się czasowo z jego otwarciem, a nie było też gdzie zacumować żeby przeczekać godzinkę do ponownego otwarcia. Wiatr zaczął się wzmagać na tyle, że nie mogliśmy dłużej czekać w tym miejscu. Okoliczne przystanie były na tyle płytkie, że wylądowaliśmy w Ueckermünde, marinie oddalonej od mostu o 20 km w linii prostej!

Dawny most kolejowy
Fragment wysadzonego mostu kolejowego w Karninie

Bercia: Przed mostem była co prawda dalba postojowa, do której próbowaliśmy się przycumować. Szczerze powiedziawszy okazało się to niezbyt dobrym pomysłem. Na szczęście, bardzo szybko udało nam się od niej uciec. Jeden jacht zakotwiczył w pobliskiej zatoczce, jednak dla nas nie starczyłoby głębokości, ponadto kotwica na naszej jednostce mogła służyć raczej w sytuacjach awaryjnych. 

Paula: Pływanie po Zalewie Szczecińskim na pewno jest ciekawsze w momencie gdy pływa się jachtem mieczowym i głębokości rzędu 1,5 m nie przeszkadzają w unoszeniu się na wodzie. 😉
Uckermunde
Porcik w centrum Ueckermünde 

Ueckermünde okazało się być dosyć urokliwym małym miasteczkiem. Z mariny szliśmy do miasta jakieś 15 minut, po drodze mijając wyrzeźbione w pniach wyciętych drzew postaci z bajek. 😃 Całe miasto zamieszkuje trochę powyżej 10 tyś. mieszkańców, ma nawet swoje zoo. My przeszliśmy się po prostu po starym mieście, podziwiając kamienice i rozprostowując nogi. 

Bercia: W Ueckermünde, kiedy załoga poszła na spacer, ja miałam trochę czasu, żeby odpocząć i ochłonąć od nadmiaru wrażeń. 
Wolgast - kościół
Ceglany kościół w Wolgaście

Nazajutrz udało nam się w końcu przepłynąć most Zecheriner - pogoda była dużo lepsza, a nawet przez pierwszą część dnia w ogóle nie wiało! Więc bujaliśmy się powolutku na żaglach w stronę Wolgastu, mijani (kilkakrotnie) przez wodną policję. Mieliśmy plan, żeby jeszcze tego samego dnia przepłynąć most w Wolgaście i zatrzymać się w marinie już za mostem, ale po zatrzymaniu się w oczekiwaniu na jego otwarcie, okazało się że jest ona już nieczynna. Popytaliśmy bosmana gdzie możemy się zatrzymać i przecumowaliśmy się na właściwe miejsce. Bardzo nas ucieszył dostęp do pryszniców w marinie, bo niestety te w Ueckermünde były już zamknięte po sezonie. 😝

Bercia: Resztę dnia spędziliśmy spacerując po ładnym lecz małym miasteczku. 

Paula: W Wolgaście najbardziej zapadł mi w pamięć mural na małym budynku technicznym, który był niesamowicie realistyczny! 
Wolgast - murale w mieście
Jak żywe 😉

Następnego dnia przepłynęliśmy w końcu pod mostem, którego system unoszący wygląda trochę jak żuraw. Przeciwwaga umieszczona z tyłu unosi przęsło mostu, pozwalając na przepłynięcie pod spodem. Przejście jest na tyle wąskie, że ruch możliwy jest tylko w jedną stronę. Droga do Peenemunde stanęła przed nami otworem! 😊 Uwinęliśmy się szybciutko, dopływając na kawę do Kroslin, na przeciwko Peenemunde. Niestety żeby stanąć po stronie muzeum za bardzo wiało.. Chłopaki popłynęli tramwajem wodnym na zwiedzanie, my poszłyśmy na spacer po Kroslin i Freeście - małym miasteczku rybackim na północny-zachód . Udało nam się kupić smaczną wędzoną rybę i znaleźć parę skrytek Geocache po drodze, więc wszyscy byli zadowoleni! 😉 
Wolgast - most zwodzony
Na Peenemunde!

Na koniec pozostało nam wrócić do Świnoujścia - tym razem udało się przepłynąć od strony morza. 😊 Pogoda wreszcie zaczęła nam dopisywać, słońce wyszło zza chmur i wiatr nie wiał już tak mocno jak na początku tego rejsu. Dzięki temu spokojnie dopłynęliśmy późnym wieczorem do Świnoujścia. A tam, w drodze do toalet spotkałyśmy z Bercią borsuka!

Paula: Chodził sobie grubasek na trawie przy nabrzeżu i szukał żarełka. Pewnie korzystał z tego, że większość żeglarzy skończyła już pływanie w tym sezonie i ruch w marinie sporo się zmniejszył. :) 

Następnego dnia przyszedł czas na sprzątanie, zdanie jachtu i powrót do domu. Pomimo tego, że nie zdarzyło się nic złego to jednak przez dość silny wiatr był to rejs męczący i mocno stresujący. Zakończenie tego sezonu wiązało się zarówno z satysfakcją, że udało się zrealizować o jeden więcej termin (w porównaniu do poprzedniego roku), ale również z pewną ulgą, bo mocno odczułyśmy warunki i niezadowolenie załogi przy zmianach trasy. Niestety nie zawsze da się pogodzić ambicje z bezpieczeństwem. 

Grzeczni byli, czy nie grzeczni? Wszystko będzie w opinii!

Bercia: Przez długie oczekiwanie na armatora bałam się, że nie zdążymy na pociąg powrotny. Na szczęście sama procedura nie trwała długo i udało nam się dotrzeć na peron jakieś 10/15 min przed odjazdem 😉 



4 komentarze:

  1. Ej no nie przesadzajcie z tym niezadowoleniem załogi, fajnie było ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej no, nie byliśmy aż tak niezadowoleni ze zmiany trasy, fajnie było i ja polecam ;)
    Rafał

    OdpowiedzUsuń

Kim jesteśmy?



Cześć! Prowadzimy ten blog aby dzielić się z Wami naszymi przygodami. Jest to nasze miejsce w sieci, dlatego też znajdziecie tutaj posty na tematy bliskie naszym sercom.

Paula & Bercia

Instagram

Facebook