piątek, 11 sierpnia 2017

Mój pierwszy rejs skipperski.

Planowana trasa rejsu.
Źródło: https://www.google.pl/maps

Było to ponad rok temu. Za namową Pauli i długimi rozmyśleniami pt. 'Czy to już ten czas?' decyzja zapadła i rozpoczęły się przygotowania: planowanie trasy, szukanie czarteru i oczywiście zbieranie załogi.


Załoga, na tygodniowy rejs dookoła Rugii na dwumasztowym jachcie, w końcu zebrana. Teraz pozostała tylko cała masa nudnych przygotowań, którymi nie zamierzam Was zanudzać. ;)

Paula: Co nie było wcale takie proste.. W końcu poszukiwania wśród rodziny i znajomych się opłaciły i tylko jedna osoba "z zewnątrz" była wyszukana z ogłoszenia o "wolnej koi".

Rejs odbył się w tygodniu będącym przełomem sierpnia i września ubiegłego roku. W sobotę dotarliśmy na miejsce zaokrętowania, do Stepnicy. Armator nie mógł przyjechać, jacht miał przekazać nam jego znajomy - OK, nie ma problemu. Wszyscy w dobrych nastrojach, nikt nie spodziewał się tego co zastaliśmy na miejscu.



S/Y Creola

S/Y Creola, z zewnątrz wyglądała jak na zdjęciach (rejs organizowany 'po kosztach' więc luksusów się nie spodziewaliśmy), ale to co zastaliśmy w środku.. Wystarczy chyba powiedzieć, że na to zupełnie nie byliśmy przygotowani.

  • W środku śmierdziało ropą - "to się chwile powietrzy i przestanie" - nie przestało.
  • Walały się wszędzie jakieś deski (zupełnie nie wiadomo od czego) - "to sobie gdzieś upchniecie" - nie ma problemu, ale czemu nie można było tego wcześniej zrobić?
  • Środki pirotechniczne przeterminowane - "data ważności minęła, ale to niech z wami płynie, nic się nie stanie" - bez komentarza.
  • Silnik nie odpala, robimy przegląd. Zerwany pasek klinowy. - "ja wam to zaraz naprawię tylko muszę jechać po części" - naprawiony, ponad godzinę zeszło (w tym czasie Pan zdążył wydać jacht innej załodze) ale się udało.
  • Tankujemy wodę, co wlewamy do zbiornika wylewa się przez odpowietrzenie nad kambuzem. Telefon do armatora. - "To nie jest możliwe, tam nie ma żadnego odpowietrzenia" - po otrzymaniu nagrania: "nie wiem jak to możliwe.." - ta usterka na szczęście sama się naprawiła
  • Kambuz zapleśniały, ale dało się odczyścić.
Pół dnia minęło zanim udało nam się doprowadzić jacht do względnie czystego stanu, w tym czasie dojechała reszta załogi i wyruszyliśmy w dobrych nastrojach. Kierunek Lohme.

Klify - Lohme
Po drodze (prawie) nie było niespodzianek (wyjątek stanowiła dla mnie informacja, że muszę uważać na polecenia i słowa "płyń na tą boję" mogą zostać zbyt dosłownie zrozumiane :P ) jednak przed wejściem do portu zaczęło trochę wiać... troszeczkę za mocno jak na możliwości nautyczne naszego jachtu. Po chwilach grozy (strasznie nas dryfowało) przeżytych w basenie portowym udało nam się szczęśliwie zacumować. Chwilę później Bosman poprosił nas, żebyśmy się przestawili... Udało się, ale teraz wiem, że mam prawo w takiej sytuacji odmówić (jeśli nie uznam tego za bezpieczny manewr).
Klify Rugii
Przez resztę dnia zwiedzaliśmy. Lohme to małe miasteczko położone wśród lasów i klifów, na największym znajduje się muzeum i punkt widokowy. (Więcej wkrótce będziecie mogli przeczytać w naszym przewodniku). Niestety wiać nie przestawało, prognozy nie były zbyt optymistyczne 6/7B wiatru zachodniego. Po naradzie z całą załogą ustaliliśmy, że nie ma sensu walczyć z żywiołem aż do Stralsundu (główny punkt naszej wycieczki) i zmieniliśmy trasę.
Żeglujemy :)


Paula
: Lohme to na prawdę piękne miejsce. Las tam jest niesamowity, drzewa są bardzo wysokie i panuje tam półmrok, którego nawet mocne słońce nie jest w stanie oświetlić.


Bercia: Dla mnie to miasteczko było ważnym portem. Już wcześniej kilka razy na różnych rejsach próbowaliśmy tam się zatrzymać, a dopiero teraz się udało. 

Następnego dnia wypłynęliśmy na południowy zachód. Początkowy wiatr był przyjemny dla żeglugi (jakaś 4 wiała, byliśmy osłonięci od wiatru przez wyspę). Po jakimś czasie prognozy zaczęły się sprawdzać, do tego stopnia, że nasza "płochliwa" jednostka nie była w stanie płynąć (może ze 2 Mm) pod fale (do Sasnitz). Cóż było robić, płynęliśmy dalej, w końcu takie założenie rejsów ;) Pod wieczór wylądowaliśmy w Świnoujściu, ale to jeszcze nie koniec naszych zmagań. 


Widok z muzeum na port.

Rano świeży i wypoczęci wyruszyliśmy  z powrotem na niemieckie wody. Następny przystanek - Peenemünde. Pogoda nam raczej sprzyjała, słońce i lekki wiaterek przez cały dzień. Niestety wieczorem trochę za lekki (wiem, nie można mi dogodzić :P ). Na miejscu byliśmy jakoś niedługo po zachodzie, idealnie na wejście do obcej mariny. Następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie, a było co zwiedzać. W miasteczku znajdują się muzea: dawna fabryka rakiet oraz rosyjska łódź podwodna (ponoć nazwa U-Boot zarezerwowana jest dla niemieckich).

Bercia: Ten U-Boot to jeden z lepszych jakie widziałam, bardzo ciekawie w środku urządzony.
Gager

Tydzień mijał szybko, zanim się obejrzeliśmy zostało nam niewiele czasu do końca tego rejsu. Zdecydowaliśmy, że następnym punktem wycieczki będzie wioska Gager w południowej części Rugii. Do zaoferowania dla turystów nie ma za wiele, jest to mały port rybacki, który otaczają malownicze wzgórza. Na pewno jest gdzie rozprostować kości po dłuugiej podróży ;) 



Paula: W Gager udało mi się wreszcie zjeść pyszne "fishbrötchen" czyli po prostu bułę z wędzoną rybą. Za każdym razem gdy udaje się dotrzeć do niemieckiego portu szukam takiego przysmaku. :)

Beata: Fishbrötchen to odkrycie moich poprzednich rejsów. Te były dobre, ale najlepsze jakie jadłam, to te ze Stralsundu. W Gager jak się okazało już wcześniej byłam, ale dopiero spacer po porcie mi o tym przypomniał i odświeżył wspomnienia.


Klar przed wejściem do portu.
Czasu zostało nam akurat na powrót do portu macierzystego, więc następnego ranka udaliśmy się w kierunku Polski ciesząc się ostatnimi chwilami na morzu. Jednakże jacht wszyscy opuściliśmy z radością (ropą nie przestało śmierdzieć, a na dodatek przedostawała się do zęz) mając nadzieję, że następnym razem lepiej trafimy.


Zachód słońca w Gager.


Rzeczywista trasa rejsu.
Źródło: https://www.google.pl/maps

Zapraszam do komentowania :)


2 komentarze:

  1. Mimo tych wielu nieudogodnień przed wyprawą, to przygodę mieliście niesamowitą! Aż pozazdrościć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przypomniał mi się mój pierwszy,i jak na razie niestety, jedyny rejs po wyspach argosarońskich. Oczywiście skipperem nie byłem, ale bardzo wyciągnęli mnie całe to sterowanie i pilnowanie, żeby wszystko przebiegało pomyślnie. Wiatry nam sprzyjały i nie mieliśmy zacnych niespodzianek. No i przede wszystkim jacht był w super stanie. Ani trochę nie śmierdziało ropą. Każdemu polecam przygodę na jachcie.

    OdpowiedzUsuń