czwartek, 31 sierpnia 2017

Nasza pierwsza wspólna wycieczka w góry.


Dzień 1

Wędrówkę rozpoczęłyśmy w Kirach, gdzie dojechałyśmy busem z centrum Zakopanego.
Zaczęło się spokojnie - od długiej i płaskiej drogi do doliny Chochołowskiej. 
Dojście do schroniska zajęło nam około godziny.

Bercia: Oczywiście jak na początku każdej drogi nastroje nam dopisywały. Piękna pogoda i mała ilość turystów mijanych po drodze tylko poprawiały nastrój. Nawet wynagrodziły poranne wstawanie. 









Następnie podjęłyśmy atak na Grzesia. Tutaj widoki zrobiły się ciekawsze. Pojawiła się kosodrzewina, można też już było zobaczyć otaczające nas szczyty. Po zdobyciu Grzesia zatrzymałyśmy się na przekąskę i ruszyłyśmy na Rakoń. 


Bercia: Droga do schroniska przebiegała bardzo spokojnie po płaskim terenie. Dopiero później zaczęło się pod górkę. W sumie można się było tego spodziewać. Na szczęście widoki wynagradzają cały trud i... dają pretekst do częstych postojów.

Paula: A dzięki częstym postojom plecak robi się coraz lżejszy.. ;)





Ostatnim szczytem do zdobycia był Wołowiec. 
Po wejściu na górę odetchnęłyśmy z ulgą. 😉
Wracając do schroniska zobaczyłyśmy kozicę spacerującą wzdłuż szlaku, co od razu poprawiło nam humory! 


Bercia: Wołowiec to taki 'dodatkowy' szczyt. Miało być tylko 20 min podejścia. To było najcięższe podejście tego dnia. Nawet zejście z powrotem na szlak wymagało wiele uwagi i ostrożności (biorąc pod uwagę duże plecaki). Szlak do schroniska ciągnął się strasznie. Kozica dodała mi energii, jednak tylko na jakiś czas. Będąc kilkanaście minut od schroniska musiałam walczyć z każdym krokiem, częste przystanki. Do końca dnia myślałam, że jak tylko wstanę rano to wracam do domu.
  
Paula: Ja coś tam słyszałam od Berci, że "wraca jutro do domu", ale w ogóle w to nie wierzyłam. Ja za to oprócz tego że bardzo zmęczona, byłam piekielnie głodna, więc miałam spory dylemat czy zrobić przerwę, czy podejść trochę bliżej schroniska i przyspieszyć zdobycie obiadu. ;)


Dzień 2




Drugi dzień zaczął się wcześnie 
i z dużymi zakwasami, ale po szybkim śniadaniu wyruszyłyśmy dalej.

 Na Trzydniowiańskim Wierchu byłyśmy już o 09:00. Chwila odpoczynku i podziwiania otaczających nas widoków i w drogę!




Szlak na Kończysty Wierch biegnie granią, 
ta część trasy była bardzo przyjemna. 
Udało nam się też dostrzec jelenia, który pasł się na równi, a później dwie kozice na skałach. Tyle dzikich zwierząt jeszcze nie widziałam w ciągu jednego dnia! 😀

Bercia: Fajne w chodzeniu od schroniska do schroniska jest to, że mamy przewagę nad innymi turystami. Dodatkowo wstajemy wcześnie rano, aby jak najszybciej wejść na szlak. Drogi, które przemierzamy jako pierwsze w danym dniu owiane są pewną dozą tajemniczości, kiedy obcujemy z naturą.

Paula: No i to uczucie gdy można wypić na szczycie kawę z ciastkiem, zanim inni ludzie tam dotrą. Ale ze względu na nasze wczesne wstawanie, kładłyśmy się spać chyba pierwsze w całym schronisku. :D


 
Na szczycie Kończystego Wierchu było widać po Słowackiej stronie stawy, których kolory były niesamowite! 

Paula: Wiele takich stawów było widać po drodze i za każdym razem wyglądały pięknie. Trochę mnie kusiło przejść na Słowacką stronę Tatr, ale trasy były już zaplanowane i rezerwacja w schronisku, więc muszę wyciągnąć Bercię innym razem...



 Pozostało nam tylko zdobyć Starobociański Wierch i zacząć schodzić na Ornak. Po wejściu zdjęłyśmy na chwilę plecaki i podziwiałyśmy drogę, która nas czekała. Zaczęło się chmurzyć, a na wieczór zapowiadane były burze, więc trzeba było ruszać do schroniska i tam odpocząć.

Bercia: Wszystkie te szczyty w Tatrach Zachodnich wydają się takie łagodnie. Jednak to tylko złudzenie, wyjście na wierzchołek wymaga wiele energii, a droga, która z pozoru jest łagodna ciągnie się dłuuugo. Odpoczynek w każdym razie był zasłużony. Na Starobociańskim Wierchu również były kozice. Nie miałam jednak siły podejść dodatkowe kilka metrów aby je zobaczyć. 






Droga na Halę Ornak trochę nam się dłużyła, ale nadzieja na sycący obiad wciąż pchała nas do przodu.. 😋







Bercia: Kolejny dzień szczęśliwie zakończony. Kolejny wieczór w schronisku, który wyglądał tak samo. Obiad, prysznic i.. spać. Pomimo wczesnej pory nie stać mnie było na cokolwiek innego.

 Dzień 3



Poranek dnia trzeciego był bardzo mglisty i chłodny. Poprzedniego dnia burza przyszła zgodnie z prognozą, gdy już od paru godzin odpoczywałyśmy w schronisku.




Po wejściu do lasu było na tyle zimno, że musiałyśmy się poubierać. Za to gdy wyszłyśmy na otwarty teren powitało nas więcej mgły i wiatr. No cóż, zdjęcia z tego dnia nie są zbyt ciekawe.. 😉  Za to znowu widziałyśmy kozice, matkę z młodym i cały kierdel.



Bercia: Droga na Czerwone Wierchy była niesamowita, mgła poruszająca się tak szybko, taka tajemnicza.. Na początku, od czasu do czasu ukazywały się jakieś widoki, kilka sekund później zachodziły mgłą.

Paula: Efekt był podobny jak czasem na koncertach, gdy na scenę wpuszczany jest dym. No i gdy mgła była wwiewana akurat tam gdzie stałyśmy, to momentalnie robiło się zimno i wilgotno. Aż żałowałam, że nie wzięłam sobie ciepłych rękawiczek, bo ręce marzły do kości.





Wyszłyśmy na Ciemniak, a później Krzesanicę. Niestety osławione widoki Czerwonych Wierchów tego dnia były dla nas niedostępne. Od czasu do czasu, gdy wiatr przewiewał mgłę, mogłyśmy dostrzec chociaż część z otaczających nas terenów. 





Zanim zdążyłyśmy wejść na Małołączniaka zaczęło padać. Miałyśmy nadzieję, że to przelotne opady, ale zostały one rozmyte po kilkunastu minutach. 😏 

Bercia: Na grani widoczność była już mocno ograniczona przez chmury, deszcz i mgłę. Momentami wynosiła poniżej 50m. Pomimo dobrze oznaczonego szlaku, o mały włos bym z niego zeszła.



A więc poubierane w kurtki przeciwdeszczowe i (niestety tylko w przypadku Pauli) spodnie 😞 ruszyłyśmy przez Kopę Kondracką na Przełęcz Kondracką, a później do schroniska na Hali Kondratowej. 

W założeniu miałyśmy tam spędzić noc i następnego dnia dalej chodzić po górach, jednak prognozy ciągłego deszczu na drugi dzień skutecznie nas odstraszyły od tego pomysłu.

Dlatego po krótkiej przerwie zaczęłyśmy zejście do Kuźnic. Po dojechaniu do Zakopanego można się już było ogrzać i przebrać w suche rzeczy. 😌

Bercia: Po dojechaniu do domu okazało się, że decyzja o powrocie była bardzo trafna. Pomimo pokrowców na plecaki wszystko w środku było przemoczone. Na dodatek deszcz bardzo mnie wychłodził. Ciężko się było ogrzać po takim dniu, nie wiem na ile by to się udało w schronisku, nie mając nic suchego do ubrania.

Paula: Dodatkowo miałyśmy przemoczone buty, a zakładać mokre na następny dzień byłoby wyjątkowo nieprzyjemnie. Buty, bo Berci oba, a mi jeden. Został on reklamowany, bo była to jakaś wada fabryczna. ;P

A tak wygląda podsumowanie całej wycieczki:



Odległości Czas Podejścia Zejścia
16 km 06:45:00 1937 m 1506 m
14 km  06:50:00 1464 m 1250 m
15,5 km 06:15:00 1360 m 1524 m
Sumy 45,5 km 19:50:00 4761 m 4280 m



4 komentarze: