piątek, 11 października 2019

Karkonosze - początek urlopu


Urlop zaczęłyśmy od kilkudniowego pobytu w Karkonoszach. Naszą bazą wypadową było pole namiotowe w Karpaczu. Powodzenie tej wyprawy stało pod wielkim zamkiem zapytania - towarzyszył nam kot, a te stworzenia nie kojarzą się z podróżami. 


Ostatni tydzień lipca był bardzo nerwowy. Praca zajmowała 12 h na dzień, a trzeba się było przygotować do wyjazdu. Czas niestety płynął bardzo szybko, a to zaowocowało. W dniu wyjazdu po powrocie z pracy zostało nam jeszcze sporo pakowania i tradycyjnie ledwo zdążyłyśmy, na ostatni autobus, który mógłby nas na czas odwieźć na dworzec.

Paula: Bieg na autobus z dużym i dość ciężkim plecakiem nie należy do moich ulubionych dyscyplin, a mając jeszcze w ręku transporter z kotem przeradza się to bardziej w chodziarstwo. 😅

Później na szczęście poszło już z górki. Znajoma podpowiedziała nam pewien trick, dzięki któremu mogłyśmy pojechać w mniej zatłoczonej części pociągu. Sprawdził się, dzięki czemu miałyśmy cały przedział dla siebie i podróż przebiegała w całkiem sprzyjających warunkach, szczególnie dla Xeny, która dzięki temu się mniej stresowała. 

Dzień 1

Dzień pierwszy - mapa poglądowa
Pierwszy dzień spędziłyśmy ze znajomymi. Trasowo całkowicie się na nie zdałyśmy. Po rozbiciu namiotu i lekkim przepakowaniu ruszyłyśmy na szlak.

Trasa pierwszego dnia prowadziła od świątyni Wang przez Pielgrzymy i Słonecznik do Samotni i z powrotem do Karpacza. 

Żeby oszczędzić sobie trochę drogi do świątyni Wang dojechałyśmy busem, później już bez przeszkód ruszyłyśmy na szlak. 

Kocio na początku szła dosyć niepewnie. Do tej pory na spacerach raczej unikała ludzi, a tu została rzucona trochę na głęboką wodę. Do tego nie do końca podobało jej się, że musimy trzymać się szlaku i nie wchodzimy w głąb lasu. 
Miej uczęszczany szlak i kot od razu czuje się lepiej

Porządnie zaczęła iść w momencie kiedy odbiłyśmy na mniej uczęszczany szlak. Jednak przez to później stawiała większy opór.

Bercia: Od początku miałyśmy świadomość tego, że przez większą część trasy trzeba będzie ją nosić. Na to byłyśmy przygotowane, bo Xena bardzo lubi poznawać świat z perspektywy ramion czy plecaka. Jednak najgorsze były momenty, kiedy nie chciała być noszona, ale iść też nie do końca chciała "bo za dużo ludzi". 
Przystanek pod Pielgrzymami

Pora karmienia

Pomimo naszych obaw o zatłoczone szlaki, to pod Pielgrzymy udało nam się dojść będąc prawie samym na szlaku. Tam też zrobiłyśmy pierwszą dłuższą przerwę. Później jednak zrobiło się tłoczno.

Kolejnym punktem przystankowym był Słonecznik. Droga tam prowadząca była jedną wielką walką z kotem, który w żaden sposób nie chciał dać się spacyfikować. Dopiero na szczycie poszła spać do plecaka (możliwe że za mocno jej wiało). 

Bercia: Zawsze mnie intrygowały takie formacje skalne jak Pielgrzymy czy Słonecznik, które są tak mocno odosobnione. Zupełnie sobie nie potrafię wyobrazić procesu jaki przeszła cała okolica, aby powstały takie odosobnione skały. 
Plecakowe legowisko

Po Słoneczniku poszłyśmy granią w stronę Schroniska PTTK Samotnia. Po drodze mijając różne grupy turystów. Niektóre wspomagały się napojami wyskokowymi, a inne głośną muzyką puszczaną przez głośnik. 

Na szczęście pomimo tego, że ludzi było więcej niż w niższych partiach to jednak nie na tyle, żeby było to jakoś bardzo uciążliwe, pomimo doniesień że w Karkonoszach liczba turystów rośnie. 

Samotnia, jak większość schronisk, położona jest w malowniczej scenerii, gdzie warto zatrzymać się na dłużej. My jednak trochę się zasiedziałyśmy, później zaczęło padać. Jak tylko deszcz zelżał stwierdziliśmy wspólnie że czas wracać i w takiej średnio sprzyjającej aurze przelotnych opadów wróciłyśmy do Karpacza. 

Paula: Zasiedzenie się mogło mieć jakiś związek z pyszną szarlotką, która po odbytym wysiłku smakowała znakomicie! 😋

Kota jeszcze miała chwilę, kiedy koniecznie chciała iść, jednak wybrała zły kierunek i ciągnęła w przeciwną stronę (chyba w schronisku jej się podobało), co tylko utrudniało nam wędrówkę. 

Po powrocie na pole namiotowe czekało na nas jeszcze trochę wyzwań. Nasz ciekawski kot, który cały czas przebywał na smyczy, ciągle się o coś plątał. Z kolei puszczenie jej wolno nie wydawało nam się dobrym pomysłem. Raz nawet podjęłyśmy taką próbę, Xena jednak chciała się wybrać na kolejną wycieczkę w związku z czym wróciła na smycz. 
Odpoczynek w namiocie

Drugim z takich poważniejszych wyzwań była noc z kotem pod namiotem. Ta noc była pełna obaw z naszej strony. Znając naszego kota, który najchętniej całą noc przesiedziałby na balkonie, nie zapowiadał nam się zasłużony wypoczynek. 

Bercia: Misja na szczęście zakończyła się powodzeniem. Xena była tak zmęczona, że pomimo różnych nocnych dźwięków przespała całą noc. 

Dzień 2

Dzień drugi - mapa poglądowa

Drugiego dnia byłyśmy już skazane same na siebie. Zadowolone i zachęcone sukcesem jaki odniosłyśmy podczas trekkingu z kotem poprzedniego dnia wybrałyśmy się na Śnieżkę. 

Bercia: Wcześniej nie miałyśmy tego w planach ze względu na to, że Xena nie jest przyzwyczajona do ludzi na szlaku. Na spacerach jak widzi obcych to raczej stara się przeczekać "zagrożenie". A jednak pierwszego dnia w górach wykazała się odwagą i postanowiłyśmy spróbować. 

Miałyśmy wyjść wcześniej, miało nie być najgorzej pod względem ludzi. No właśnie... miało.

Droga do Schroniska Nad Łomniczką przebiegła całkiem sprawnie. Po drodze miałyśmy kilka strumyków i okazało się, że są one wielką atrakcją dla naszego futrzaka. Ogólnie rzecz biorąc to zapowiadał się bardzo przyjemny dzień. 
Droga do Domu Śląskiego

Problemy zaczęły się już w schronisku, kiedy Xenie włączył się tryb agresywny. Nie dawała się dotknąć o wzięciu na ręce nie mówiąc. Udało nam się ją uspokoić i poszłyśmy dalej.

W sumie na drodze było bardzo dużo turystów (tak wiem, to było do przewidzenia), a nasza kotka nie dała rady ich ignorować w tym stopniu co dzień wcześniej. 

Bercia: Przez walkę z kotem o każdy kawałek drogi (oraz całą rzeszę turystów) nie mogłam się cieszyć tym, że jestem w górach. Trasa była dla mnie coraz bardziej męcząca. Po drodze jeszcze Xena miała starcie z dwoma psami. Jednego z nich udało się jej mocno wystarczyć, a ja podjęłam zła taktykę separacji przez co ucierpiała moja ręką (wyszło na to że uratowałam puszczonego luzem, ciekawskiego szczeniaka od obrażeń). 



W końcu udało nam się ujarzmić kota, chwilę jeszcze "pospacerowała" na plecaku, później się schowała I poszła spać. 

Pomimo zmęczenia można było w pewnym stopniu zacząć cieszyć się widokami (turystów nie ubyło :P). 

Doszłyśmy do Domu Śląskiego, którego schroniskiem nazwać nie można. W środku oprócz restauracji był jeszcze sklepik z pamiątkami. Kolejka do toalety porównywalna do tej na Giewont, a same toalety bramkowane tak, że nawet rąk nie można umyć bez zapłaty. 
Drugie śniadanie pod Domem Śląskim

Usiadłyśmy na zewnątrz przy stoliku z widokiem na Śnieżkę. Zrobiliśmy sobie jakieś kanapki i pozostało nam rozstrzygnąć co dalej robimy. 

Postanowiliśmy wrócić innym szlakiem, odpuszczając Śnieżkę. 

Bercia: W drodze powrotnej zaczęłam mieć spore problemy z kolanem i nie powiem, trochę strachu się przez to najadłam. 

Po minięciu odcinka mocno zaludnionego Xena się uaktywniła i zaczęła naprawdę ładnie chodzić. W tym momencie wszelkie wątpliwości co do trekkingu z kotem mijają. 
Droga powrotna

Po dotarciu do pola namiotowego ogarnęła nas codzienna rutyna: prysznic, obiad, ganianie za kotem, odpoczynek. 

Dzień 3


W tym dniu już od godzin przedpołudniowych zapowiadali burze, więc decyzja co robimy, gdzie idziemy i czy w ogóle była ciężka. 

Bercia: Jeszcze złapałam mały kryzys (możliwe że wynikał on z obawy przed burzą nad polem namiotowym), a w takich chwilach rozmowa ze mną do łatwych i przyjemnych nie należy. 

Paula: Obawa Berci spowodowana była głównie tym, że burzy pod namiotem nigdy nie przeżyła. Dodatkowo nie byłyśmy mocno przekonane, że nasz kilkunastoletni namiot przetrwa jakąś większą ulewę nie namakając. Na przyszły sezon planujemy go w końcu wymienić. 😉

W końcu udało nam się zaplanować jakąś szybką trasę, więc zapakowałyśmy trochę prowiantu i kota do plecaka. 

Kot w plecaku siedzieć nie chciał, bo przecież łapy ma, a to że idziemy wzdłuż drogi go kompletnie nie obchodziło. 

Doszłyśmy do ładnej polanki i tam zrobiłyśmy sobie przerwę na kawę i lekkie oswobodzenie kota.

Bercia: Później się położyłam i wzięło mnie na rozmyślania po co w ogóle się stąd ruszać skoro jest tak ładnie i przyjemnie. Jedynym argumentem było to, że trasa była ZAPLANOWANA, a kto mnie zna, ten pewnie wie jak duże znaczenie ma dla mnie realizacja planów 😛 To nie był mój najlepszy dzień więc poprzestałam na leżeniu na trawie. 
Panorama

Po dłuższej chwili i tak pojawił się taki porządny wał burzowy na horyzoncie, więc wróciłyśmy na pole namiotowe. 

Bercia: Pod koniec drogi złapał nas deszcz, ale taki "przedburzowy" (duże krople ale rzadko spadające). Paula jeszcze poszła do sklepu i zostawiła mnie przerażoną myślą o zbliżającej się burzy. 

W międzyczasie dostałyśmy propozycję przenocowania u znajomych, jednak było to logistycznie trudne do zrealizowania. 

Suma summarum, burza przeszła jakoś bokiem, udało nam się przeżyć i nawet żaden konar ze starego drzewa nad naszym namiotem na nas nie spadł. 😉

A my już do wieczora czas spędziłyśmy na polu namiotowym. Trochę grając, trochę rozmawiając o głupotach takich jak sens życia, jakie mamy cele, do czego dążymy i o zbliżających się rejsach. 

W nocy natomiast miałyśmy wrażeń nie mało, bo Xena była bardzo niespokojna, a w pewnym momencie się strasznie czegoś przestraszyła, do tego stopnia, że próba uspokojenia jej skończyła się raną gryzioną ręki, tym razem Pauli. 

Dzień 4

Dzień czwarty - mapa poglądowa

Trasa czwartego dnia przewidywała pętlę z punktem kulminacyjnym w okolicach Skalnego Stołu. Szlak ten w odróżnieniu od poprzednich był stosunkowo mało uczęszczany. Przez pierwsze pół godziny na szlaku spotkałyśmy może ze dwie osoby, więc mogłyśmy w pełni cieszyć się spokojem i pięknem lasu, natomiast Xena w końcu znalazła się w swoim żywiole - dziczy 😉

Niestety po pewnym czasie pojawili się ludzie, niektórzy z psami, więc bywały momenty w których trzeba było przeczekać i puścić przodem.

Bercia: Dla mnie niestety nie jest to łatwe. Większość czynności traktuję na zasadzie rywalizacji i takie częste przystanki tylko mi na nerwy działają, ale nie ma tego złego - spacery z kotem, czy to na konkretnej trasie czy tak po prostu, po lesie, uczą mnie cierpliwości i zwalniania tępa. 

Po drodze nasza Kocia musiała zajrzeć do każdego strumyka, najgorzej że nie chciała od nich odchodzić. Dopiero na wyjeździe dowiedziałyśmy się, że nasza Xena pomimo tego, że łap mokrych mieć nie lubi, tak słuchać dźwięków płynącej wody i ją obserwować to mogła by cały dzień.
Piękno Karkonoszy

Po wyjściu z lasu kot standardowo wylądował w plecaku na drzemkę, a nam został do przejścia jeszcze kawałek do Skalnego Stołu. Na górze zrobiłyśmy sobie dłuższą przerwę na posiłek i podziwianie ptaków drapieżnych, które dały niezwykły pokaz lotniczy. 

Paula: Xena wykorzystała tą chwilę na eksplorację kosodrzewiny i naładowanie baterii przed powrotem.
 
Przy Skalnym Stole

W drodze powrotnej okazało się, że Xena jednak potrafi także schodzić na własnych łapach, a robiła to z takim zapałem, że spokojnie można by nazwać ją kotem zaprzęgowym.

Bercia: Przy schodzeniu odezwało się moje kolano, które znowu nie chciało współpracować. Paula szła pierwsza, a za nią Xena ciągnęła jakby miała co najmniej 5 kg więcej, zupełnie nie patrząc na to, że ja jednak muszę iść trochę wolniej.
Powoli wracamy do Karpacza

Po drodze udało nam się dostrzec bardzo ładne skały, z naszych ustaleń wynikło, że mógł to być marmur oraz coś co ładnie połyskiwało. 😛

Nasz pobyt w Karkonoszach powoli dobiegał końca. Wieczorem miałyśmy pociąg z Jeleniej Góry do Katowic z przesiadką we Wrocławiu. Jednak trzeba było się tam jeszcze dostać. 😀

Bercia: Po szybkim prysznicu i spakowaniu całego naszego dobytku, poszłam sprawdzić godziny odjazdów autobusów. "Dobra, odjazd za godzinę, to obiad bez pośpiechu zdążymy zjeść." 😉

Na przystanek dotarłyśmy na czas i czekamy, czekamy i... Paula sprawdziła rozkład. Rzeczywiście bus powinien być o tej godzinie, ale w dzień powszedni, a jest niedziela. Super. Ale nie jest tak źle, następnym zdążymy (odjazd za ok 20 min).

Czekamy, czekamy, a kot poszedł po krzakach połazić, bo nie bardzo lubi siedzieć w transporterze. 

Bus powinien być już 5 min temu, 10 min, 15.... a my dalej czekamy. Nerwowo zerkamy na zegarek jak nie przyjedzie do 15 minut to jesteśmy w... trzeba będzie wrócić pod namiot. 

Jest! Przyjechał w końcu, wsiadamy. Nie ma miejsc, więc stoimy. Szybki podgląd na nawigację, według Google Maps mamy zapas czasu jakieś 10 min. Spoko.

Kierowca ruszył i jedziemy. Nareszcie! 😌 Ale zaraz, tak pięknie być nie może. Tutaj jakiś przestój, tam ograniczenie prędkości, do 30 km/h... A tu wsiada pasażer i się wykłóca z kierowcą, że zawsze w niedziele się spóźnia, a on na pociąg do Wrocławia (ten sam co my) i tak sobie wesoło tracimy cenny czas.

W końcu udało nam się dotrzeć. Na szczęście kierowca wysadził nas pod samym dworcem, wystarczyło tylko przejść na peron i wsiąść do pociągu. 

Bercia: Udało nam się zdążyć i to jeszcze kilkominutowym z zapasem czasowym. 😅

Pociąg był strasznie obładowany, ale nie ma się co dziwić. Środek sezonu, niedziela, więc wymiana turnusu, a też ludzie do pracy jadą. Reszta drogi minęła bez większych przygód. Wieczorem dotarłyśmy do Katowic.

P.S. 

Bercia: Podsumowując ten wyjazd i opisując go zdałam sobie sprawę jak bardzo zmieniło się nasze życie po tym jak pojawiła się w naszym domu Mała Futrzasta Bestia. Pomimo tego, że przygarnęłyśmy ją z myślą, że może nam trochę się zmieni, ale od małego ją przyzwyczaimy do wyjazdów i będzie ok. Tak naprawdę teraz wszystko jest o wiele trudniejsze logistycznie oraz plany o częstych, a krótkich wypadach są naprawdę ciężkie do realizacji. Dlatego też ten blog ewoluuje bardziej w kierunku lifestyle niż podróże



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz