sobota, 25 stycznia 2020

Rejsy 2019 - część II

Port Jachtowy - Marina

W sobotę rano pożegnaliśmy się z wyjeżdżającą załogą i z Xeną, która wybrała się na wakacje od nas do Katowic. Jak to przy zmianie załogi było kilka rzeczy do zrobienia, np. zakupy na kolejny tydzień, tankowanie czy familiaryzacja nowej załogi. Jednak jedna osoba miała dojechać późnym popołudniem, więc miałyśmy sporo czasu wolnego. 


Po zakupach i zasztauowaniu prowiantu umówiliśmy się wszyscy na godzinę 16 na pokładzie. Wtedy też mieliśmy się przecumować pod cysternę, żeby uzupełnić zbiornik paliwa po pierwszym tygodniu pływania, poczekać na ostatnią osobę i wyruszyć na podbój nowych miejsc. 

Wolny czas poświęciłyśmy na zwiedzanie Świnoujścia oraz poszukiwanie skrytek. Udało nam się dosyć sporo pospacerować po okolicy i obejrzeć pobliskie forty, jednak nie zdecydowałyśmy się na zwiedzenie ich od środka. 

Bercia: Wielokrotnie byłam w Świnoujściu, jednak zawsze było to miejsce zaokrętowania i wyokrętowana, więc nigdy też nie było mi dane zwiedzić samego miasta i okolicy. 

Świnoujście - boja miejska
Zwiedzanie Świnoujścia

Wieczorem jak wszyscy byli już w komplecie. Szybko omówiliśmy plan działania i przygotowaliśmy się do wpłynięcia.  

Pogoda, która była zapowiadana w sobotę na następny tydzień, była sprzyjająca. Postanowiliśmy w zrealizować plan z wcześniejszego tygodnia i popłynąć do Kopenhagi, po drodze zatrzymując się w Falsterbo. 

Wyjście z portu było mocno stresujące, pomimo wieczornej pory ruch przy wyjściu z Kanału Piastowskiego był stosunkowo duży. Z portu wychodziło kilka większych statków, w tym prom Mazovia, natomiast na skraju toru pracowała pogłębiarka. 

Trasa naszego rejsu
Trasa drugiego rejsu

Bercia: Są pewne nieodłączne elementy żeglugi, które są mocno stresogenne z perspektywy osoby prowadzącej rejs. Jednym z nich jest właśnie żegluga w wąskich przejściach i manewry portowe. 

Podczas pierwszego przelotu, pomimo nie najgorszych warunków, kilka osób uległo chorobie morskiej. Dla części osób z załogi były to pierwsze doświadczenia na morzu, w takich wypadkach ciężko nawet przewidzieć jak zachowa się organizm jak zacznie kołysać. Jedni chorują już przy małym rozkołysie, inni potrzebują większych doznań. Ten pierwszy etap jednak minął bez większych przygód. Natomiast trwał on dłużej niż zakładałam, a wszystko przez to, że wiatr osłabł oraz lekko zmienił kierunek. 

W niedzielę wieczorem, więc po około dobie od wyjścia z portu dopływaliśmy do wejścia Falsterbokanal. Do przepłynięcia mieliśmy śluzę, która zamykana jest tylko przy wysokim stanie morza oraz prądach wchodzących, oraz most zwodzony. 

Na otwarcie mostu czekaliśmy przy wyznaczonym miejscu postojowym, wcześniej zgłosiliśmy chęć przejścia o tej godzinie. 

Bercia: W locji napisane było, że oczekując na otwarcie mostu, należy nie zbliżać się bliżej niż na odległość 200 m. Więc zatrzymaliśmy się w wyznaczonym miejscu.  

W chwili gdy światła zmieniły się z czerwonych na migające, które świadczyły o przygotowaniu mostu do otwarcia, oddaliśmy cumy i skierowaliśmy się w stronę  mostu. Obserwowaliśmy jak most powoli się otwiera, zapalają się światła zielone (wtedy też przyśpieszyliśmy), chwilę później ponownie zapaliły się czerwone... A my zostaliśmy po niewłaściwej stronie. 

Paula szybko wywołała obsługę mostu na UKF i udało się dogadać, że otworzą dla nas most jeszcze raz. 

Bercia: Podobno nas nie zauważyli, bo byliśmy za daleko. Na wyznaczonym miejscu postojowym, z zapalonymi światłami, nie mówiąc już o radarze, który kręcił się nad dyżurką obsługi mostu... Jak się później okazało, mosty zwodzone były naszą zmorą tego sezonu. 

Jak już udało nam się przepłynąć, zacumowaliśmy na noc w Falsterbo. Samo podejście było niestety dosyć nerwowe, a myślę że duży wpływ na to miała ta cała sytuacja z mostem oraz próby doradzania skipperowi podczas manewrów. Już od tego czasu było odczuwalne mocne napięcie na pokładzie. 

Bercia: Niestety nie od razu udało mi się zyskać posłuch czy być w pewnym sensie autorytetem dla załogi. Przyczyniły się do tego na pewno źle postawione granice (na samym początku znajomości) oraz moje podejście do życia, a w zasadzie brak przeświadczenia o nieomylności i fakt, że zawsze staram się słuchać ludzi, którzy coś mi doradzają i brać ich zdanie pod uwagę. Niestety zemściło się to na mnie, na jachcie zawsze skipper ma ostatnie słowo i powinien je umieć wyegzekwować w jednej chwili, jeśli zachodzi taka potrzeba.

Rowerem do Falsterbo
Wycieczka rowerowa do Falsterbo

Następnego dnia wypożyczyliśmy rowery w marinie i pojechaliśmy do pobliskiej miejscowości. Okazało się, że w miejscu w którym stanęliśmy jest tylko marina i sklep. Do samego Falsterbo mieliśmy ok 10 km drogi. (do sprawdzenia) Bardzo przyjemnej zresztą. :) Niestety czasu nie mieliśmy za dużo. 

Bercia: Pomimo tego że mieliśmy do przepłynięcia krótką trasę, to jednak chciałam mieć większy zapas czasu. Tym bardziej, że niewiele wiało, a jednak prowadzimy rejsy żeglarskie i staramy się jak najmniej pływać na silniku. 

Odległość, jaką mieliśmy do pokonania z Falsterbokanal do Kopenhagi to ok 20 Mm. Generalnie powinniśmy się wyrobić w kilka godzin. Chcieliśmy iść na żaglach jednak nie wiało zbyt mocno ok. 2 B spadające do 1 B. Jednak nasza prędkość była dość dobra, a nawet rewelacyjna biorąc pod uwagę, że żagle prawie nie pracowały, a całej załodze wydawało się, że stoimy w miejscu. 

Bercia: Już wtedy przyszło mi do głowy, że będzie problem z drogą powrotną, bo najwyraźniej trafiliśmy na okres, w którym występują silne (jak na Bałtyk) prądy wychodzące, w cieśninach duńskich. Locja potwierdziła moje przypuszczenia, że takie zjawisko występuje na tym obszarze. 

Gdzieś na Bałtyku
Gdzieś na Bałtyku

Początkowo nie chcieliśmy stawać w marinie królewskiej w centrum Kopenhagi. Powodów było kilka. Po pierwsze oszczędności, znaleźliśmy na pewnym blogu opis marin w mieście i zdecydowaliśmy się na marinę prawie dwa razy tańszą, z bardzo dobra recenzją. Drugi powód to dosyć małe głębokości w marinie królewskiej, a trzeci to potencjalny brak miejsc i ciasnota (a poprzednie podejście do kei było marne i nie czułam, żebyśmy od tamtego czasu byli mocniej zgraną załogą). 

W czasie tego przelotu odbyły się dla chętnych mini "warsztaty" z pracy na mapie, znajomości symboli i określania pozycji obserwowanej. W miarę zbliżania się do portu wszyscy od razu wykazywali coraz większe zainteresowanie okolicą, coraz bliższym sąsiedztwem dużych statków, mijanymi nabrzeżami przemysłowymi. Mniej więcej na godzinę przed planowanym wejściem do portu, przy zwężeniu toru, odpaliliśmy silnik. 

Paula: Kolejną atrakcją podczas przepływania tego krótkiego odcinka, było przelatywanie samolotów, wydawać by się mogło tuż nad masztem. ;) Przez bliskość kopenhaskiego lotniska samoloty latały dość nisko, co ożywiło nas na pokładzie.

Samolot przelatujący nad jachtem
Przelatujący nad nami samolot

"Nasza" marina miała znajdować się zaraz za pewnym zwężeniem toru. Jednak z daleka nie było widać żadnych oznak tego, żeby miała to być turystyczna lub nawet żeglarska marina. Jedynymi jednostkami, które tam stacjonowały były jakieś barki oraz kutry rybackie. 

Nie było innego wyjścia niż płynąć do głównej mariny w centrum. Marina sama w sobie się nie zmieniła od mojej ostatniej wizyty w tym miejscu, miejsca postojowe na planie okręgu. Akurat nam się poszczęściło i jedno lub dwa miejsca dla jachtów turystycznych były jeszcze wolne. Cumowanie znowu przebiegało w nerwowej atmosferze, tym razem przez alarm głębokości, w którym nie dało się wyłączyć dźwięku na stałe, więc co chwilę się włączał. 

Generalnie każdy zwiedzał we własnym zakresie, jednak umówiliśmy się na wspólny wypad wieczorem do dzielnicy Kristiansand, o której jeden z załogantów miał rewelacyjne zdanie. 

Kanał w Kopenhadze
Jeden z licznych kanałów w Kopenhadze

My poszłyśmy się, naszym zwyczajem, po prostu poszwendać po mieście, pooglądać co ciekawsze elementy Kopenhagi, a takim swoistym przewodnikiem dla nas był oczywiście geocaching. Możliwe, że przez to możemy wyglądać dosyć podejrzanie, jednak trafiamy na główne atrakcje turystyczne oraz takie zabytki czy rzeźby, które nie są tak oczywiste dla wszystkich, a również mają coś ciekawego do przekazania. 

Syrenka w Kopenhadze
Syrenka Kopenhaska

Wieczorem wspólnie poszliśmy do tej osławionej dzielnicy, jednak wtedy nie porwała nas tak bardzo jak następnego dnia, kiedy to nie była imprezownia, tylko miejsce do życia naprawdę otwartych ludzi, ale również mocno "zbuntowanych". 

W Kopenhadze spędziliśmy niecałą dobę. Wczesnym popołudniem oddaliśmy cumy, tak aby wyjść z cieśniny przed zmrokiem. Praktycznie nam się to udało, jednak wał burzowy, który tworzył się na horyzoncie spowodował, że znaleźliśmy się w najbliższym porcie. 

Bercia: Decyzja była trudna, była szansa, że burza nas ominie. Czasami ciężko jest przewidzieć trajektorię, którą się porusza. Jednak jeśli jest taka możliwość, lepiej przeczekać ciężkie warunki w bezpiecznym miejscu, tym bardziej, że z naszej pozycji nie było drogi ucieczki / ewentualnego sztormowania, a wchodzić do portu w nocy w ciężkich warunkach też nie jest jedną z najrozsądniejszych z opcji. 

Wyładowania widać było jeszcze przez kilka godzin, jednak w miejscu, w którym się znaleźliśmy tragedii nie było. ;) 

Wypłynęliśmy następnego dnia rano. Następnym planowanym portem był niemiecki Stralsund. Czekał nas długi przelot i zapowiedzi okresowych bardzo silnych wiatrów z możliwością wyładowań atmosferycznych. 

Już popołudniu widać było w oddali formujące się chmury burzowe. W takim też towarzystwie spędziliśmy dzień, a wieczorem i przez większość nocy niebo rozświetlały nam błyskawice. Przez wiele godzin płynęliśmy na mocno zarefowanych żaglach na wietrze, który dostarczyła nam burza, jednak na szczęście nie znaleźliśmy się bezpośrednio w niej ani przez chwilę. Nad ranem wiatr zelżał, chwilę jeszcze przepłynęliśmy pod żaglami. Jednak po wejściu w tor wodny, który prowadził cieśniną do Stralsundu włączyliśmy silnik. Po niecałej godzinie płynięcia zacumowaliśmy w Kalmarze, w którym planowaliśmy zostać do następnego ranka. 

Po wspólnym śniadaniu, załoga rozeszła się zwiedzać miasto w sposób, który jej najbardziej opowiadał. 

Bercia: Na rejsach przyjmuje się różne warianty zwiedzania. Czasami załoga preferuje wspólne szwendanie się po mieście, czasami każdy zwiedza jak lubi. Ja osobiście wolę tę drugą wersję, szczególnie przy dłuższych rejsach, jak i kilku pod rząd. Jest to o tyle istotne, że przebywanie z grupą obcych ludzi, na tak małej powierzchni, jaką jest jacht jest mocno męczące. Myślę, że każdemu dobrze robi chwilowy odpoczynek od swoich towarzyszy. Drugą sprawą jest to, że każdy ma inne zainteresowania i podejście do zwiedzania. 

My wybrałyśmy się na przeciwległe nabrzeże, gdzie stoi żaglowiec Gorch Fock. Trafiłyśmy akurat na czas, kiedy jego okolicy był targ staroci, więc jemu również poświęciłyśmy trochę uwagi. 

Bercia: Może nawet trochę więcej niż samej jednostce, w końcu większość żaglowców wygląda (szczególnie pokład) i funkcjonuje bardzo podobnie, a byłyśmy już na kilku w celu zwiedzania oraz pływałyśmy na Darze Młodzieży. 

Gorch Fock
Gorch Fock w Stralsundzie

Później poszłyśmy do oceanarium, które na pewno jest warte polecenia, jeśli ktoś lubi takie atrakcje.

Paula: Na multimedialnym pokazie o waleniach, gdzie odtwarzane były wydawane przez nie dźwięki. Taki "śpiew" wielorybów jest miły dla ucha, wokół półmrok.. i Bercia odpłynęła. ;)

Oceanarium w Stralsundzie
Pingwiny w oceanarium, jedna z głównych atrakcji

Po wyjściu z oceanarium poszłyśmy się przejść po mieście, później wróciłyśmy na obiad na jacht. Wieczorem jeszcze udało nam się zaliczyć drugi spacer, tym razem po bulwarze wzdłuż plaży. W jego pobliżu tego dnia rozkładała się powoli wioska średniowieczna. Bardzo fajnie to wyglądało. Były tam namioty z różnych państw, prawdopodobnie przygotowywali się do jakiegoś festiwalu. 

Rynek w Stralsundzie
Rynek w Stralsundzie

Następnego dnia zebraliśmy się wcześnie. Do Świnoujścia mieliśmy jeszcze kawał drogi, a czasu wcale dużo nie zostało. Nasza trasa wiodła w dużej mierze wąskim, pogłębionym torem wodnym. Jednak nawet w miejscach, w których moglibyśmy sobie na to pozwolić nie było mowy o rozwinięciu żagli. Była totalna flauta, praktycznie zerowy ruch powietrza, do tego słońce i muchy. 

Paula: To była jakaś plaga.. w jednym momencie jacht oblazło mnóstwo małych muszek, a na dodatek na wodzie pojawiła się sinice... 

Bercia: W takich warunkach to zwariować można... 

Flauta w zatoce
Flauta i muchy tak małe że nie widać ich na zdjęciu

Wiatr pojawił się dopiero po wielu godzinach. Wtedy też rozłożyliśmy żagle, jednak silnik dalej chodził. Kilku osobom bardzo się spieszyło do portu. 

Bercia: Kolejny zgrzyt, generalnie rejs miał trwać od soboty do soboty, a część osób już "ma" pociąg w piątek późniejszym popołudniem. Ale dobra, spieszy im się, to możemy się postarać dotrzeć na czas, szkoda tylko tych warunków i naprawdę fajnego żeglowania pod koniec. 

Klar na pokładzie
Sprzątanie pokładu ;)

Już podczas flauty zaczęłyśmy wypisywać opinie dla wszystkich. Gdy tylko dopłynęliśmy do portu, ledwo nam się udało uzupełnić ostatnie rubryczki, a już część osób się z nami żegnało. Reszta załogi została chwilę dłużej, jednak wieczorem już zostałyśmy (same/we trójkę)? Lekko denerwując się następnym rejsem, który nie zapowiadał się kolorowo. Załogi prawie nie miałyśmy (2 osoby), a prognozy o silnym i bardzo silnym wietrze na najbliższe dni nie napawały optymizmem. 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Kim jesteśmy?



Cześć! Prowadzimy ten blog aby dzielić się z Wami naszymi przygodami. Jest to nasze miejsce w sieci, dlatego też znajdziecie tutaj posty na tematy bliskie naszym sercom.

Paula & Bercia

Instagram

Facebook